Dom na odludziu, o którym krążą plotki, że zjadł własnych mieszkańców. Wejście jest zabite deskami, okna brudne, ale my znamy sposób, by dostać się do środka. Plan jest prosty: wchodzimy, robimy foty, nagrywamy wideo do sieci i wychodzimy, zanim ktoś nas zauważy. Zwykła, nocna eksploracja dla garści lajków.
Problem zaczyna się, gdy wchodzimy głębiej. Aparaty zaczynają wariować, na ścianach pojawiają się niepokojące cienie, które nie rzucają żadne przedmioty, a kurz wydaje się układać w dziwne wzory. Korytarze stają się jakby dłuższe, drzwi prowadzą w miejsca, których nie ma na żadnych planach, a w powietrzu wisi ciężka cisza, przerywana tylko trzaskiem drewna i... szeptem, który nie należy do nikogo z nas.