Morze Karaibskie rzadko bywa tak spokojne, a jednocześnie tak bezlitosne. Od tygodni niebo przypomina rozgrzaną blachę, a wiatr zamarł, zmuszając waszą załogę do mozolnego wiosłowania i modłów o choćby najmniejszy podmuch. Ale to nie przypadek – czekaliście na ten moment. Wszystko zaczęło się w dusznej, zadymionej karczmie na Tortudze lub Tortudze-podobnej wyspie. Wśród zapachu taniego rumu i potu, pojawił się On – kapitan Alistair Thorne. Nie wyglądał jak zwykły pirat; jego ubranie było staroświeckie, a oczy miały barwę morskiej soli. Thorne nie szukał osiłków do obsługi dział. Szukał ludzi, którzy „czują pustkę w sercu”. Usiadł przy waszym stole i zamiast złota, obiecał coś, czego nie da się kupić
poczucie humoru