Ostatnio wymyśliłem żart: co oddziela człowieka od zwierząt? Ekran mistrza gry. Przyznam sobie, nienajgorszy. Ludzie zwykle śmiechną. MG śmieją się z głupoty graczy, gracze z zadufania MG. Dzisiaj zajmiemy się tym drugim przypadkiem.
Cóż takiego zachodzi w głowie zwykłej osoby, że po zostaniu MG ma duże szanse na poczucie się lepszą od innych? Jest oczywiście szansa, że ludzie z takim mindsetem będą chętniej prowadzić sesje i mylę przyczynę ze skutkiem. Na szczęście to tylko prosty felietonik, a nie praca naukowa i nie muszę rozważać wszystkich możliwości. A prawdopodobnie widzieliście to nie raz i nie dwa. Widzieliście, jak wasz zwyczajny znajomy zaczynał prowadzić erpegi i pod koniec kampanii gracze mieli rozwinięte postaci, a MG miał rozwinięty kompleks Boga. Jak to się dzieje?
Najprościej będzie winę zrzucić na podręczniki. „Jesteś odpowiedzialny za przygodę, od ciebie wszystko zależy” albo „jesteś arbitrem zasad, reżyserem historii, maharadżą zabawy, mesjaszem epickości, apostołem rozrywki”. Sam Gygax użył kiedyś określenia „Shaper of the Cosmos”. Troszkę dużo powiedziane. Ostatecznie siedzisz w jakiejś zapyziałej norze, schowany przed światem, i udajesz wraz z grupą znajomych kogoś innego ku wzajemnej uciesze. Jednak naczytamy się takich tanich chwytów, kreowanych pewnie głównie po to, by złowić frajera do wzięcia na siebie prowadzenia gry, i mamy to. Antek staje się Antonim, czy wręcz Antoniuszem – i nie kłóć się z nim, nie zwracaj mu uwagi, najlepiej nie patrz w oczy i miarkuj sobie, bo to jest MG. Serio, niektóre podręczniki powinny mieć naklejki ostrzegawcze typu „nie przedawkować sekcji dla MG”, albo „prowadzenie gier RPG może powodować raka pokory”.

Skąd jednak taka potrzeba wychwalania prowadzących? Jak już wspomniałem, trzeba znaleźć kogoś, kto ten pierdolnik przy stole ogarnie. A nawet nie ogarnie, tylko weźmie na siebie odpowiedzialność za ogarnięcie go. Z RPG jak z typową pracą grupową: niby każdy chętny do udziału, ale jak przyjdzie co do czego, to większość roboty spadnie na głowę jednego muła. Teraz się to nieco zmienia, ale ten model funkcjonował przez dziesiątki lat i dalej dominuje przy większości stołów. Nic dziwnego, że MG zawsze brakuje i ogólnie jest ich mało. Skoro mam na głowie więcej i robię to dla innych, to przecież jakaś forma posługi, a że RPG to (jeszcze) nie religia, to walić posługę – mnie też się należy, więc odbiję sobie w inny sposób. Będziecie się bawić tak, jak ja zechcę, i kiedy ja wam pozwolę, bo beze mnie zabawy nie będzie wcale. Łatwo sobie wyobrazić taką radykalizację, a jeżeli damy jej kilka dekad na rozwinięcie, to nietrudno dojść do coraz ciekawszych wynaturzeń.
Utrzymujący się wyższy popyt niż podaż na MG zdaje się wciąż podtrzymywać to zjawisko. Liczne dyskusje, podcasty, prelekcje, artykuły, poradniki i co tam jeszcze starają się to zmienić. Idzie im nienajgorzej. Gracze już zwykle rozumieją, że MG to człowiek, a przy stole można powiedzieć „nie”, jednak nie jest to jeszcze wiedza powszechna. Nie ułatwiają tego wspomniane niedobory MG. I tutaj wjeżdża gatekeeping. Powtarzanie, że to trudne, męczące, odpowiedzialne zajęcie. A dupa – i tyle wam powiem. Najlepsze sesje zrobili mi gracze. Nieważne, czy byłem jednym z nich, czy je prowadziłem. Dlaczego więc delikatnie ostrzega się nowych przed prowadzeniem? No pewnie przez potrzebę zachowania elitaryzmu tego szlachetnego zajęcia. Bo skoro każdy może być MG, to co wtedy? Czy każdy będzie lepszy? Nie może tak być, więc lepiej się zastanów, bo wiesz, te kampanie to skomplikowane, tu trzeba muzyką zarządzać, notatki robić, scenariusze pisać, zasady znać, tempa pilnować, NPC-ów wymyślać, pokój na Bliskim Wschodzie wprowadzać, porody odbierać, wodę w wino zamieniać, na chmury krzyczeć. Ty się zastanów czy to dla ciebie i czy warto.

Zanim jednak ktoś wyskoczy mi z pytaniem, dlaczego tak nienawidzę MG, to uprzedzę: gracze bywają wcale nie lepsi. „No witam, ja tu przyszedłem się bawić, więc baw mnie. Gram tylko szlachetnie urodzonymi elfami-wampirami. Chcę zagadek i intryg. Nie lubię się nudzić. Nie znoszę, jak nie ma muzyki lub jak jest źle dopasowana do sceny. Nie ogarniam tych wszystkich zasad, więc potrzebuję pomocy przy zarządzaniu kartą postaci. Co możesz mi zaoferować?” Obejrzenie drzwi od zewnętrznej strony. Tak, roszczeniowość graczy nie służy pokorze MG. Ani czemukolwiek innemu.
Cóż więc zostało? No sprawa jest prosta: ludzie, szanujcie wy się. Siebie samych i również wzajemnie. Chyba, że się mylę i MG to faktycznie nadgatunek. To ktoś, kto posiadł wiedzę tajemną, pojmowalną tylko przez nielicznych. To obietnica bycia lepszym w zamian, za wielkie poświęcenie. To gwarancja pośmiertnego wstępu do piątej sfery niebieskiej Raju Dantego, pośród innych męczenników. To Słowo, które staje się Ciałem. Albo to tylko człowiek przy stole, o nieco innej roli i należy go szanować, oraz być przez niego szanowanym. Trudny wybór.