Na rynku TTRPG nie brakuje dungeon crawlerów, ale „Pochodnia w Mroku” próbuje dać pełnoprawne doświadczenie bez mistrza gry, a przy tym zachować napięcie i klimat znany z cięższych tytułów. Czy to się udało?
Już na poziomie fabuły gra uderza w mroczne tony. Rewolucja, zdrada, nieumarli arystokraci i klątwa rzucona na całe miasto Kyneburgh – to wszystko brzmi jak skrzyżowanie Blades in the Dark z Darkest Dungeon. System bazuje na mechanice Forged in the Dark, więc tak właśnie ma być. Gęsto, ponuro i narysowane grubą kreską.
Rdzeń rozgrywki opiera się na prostym cyklu: wyprawa do lochu i przestój. W trakcie eksploracji dobieramy karty (potrzebujemy zwykłą talię), które generują wydarzenia, a konflikty rozwiązujemy rzutami k6, gdzie liczy się najwyższy wynik:
-6 to czysty sukces
-4-5 to sukces z konsekwencją
-1-3 to porażka i eskalacja problemu
Bardzo podoba mi się podejście do ekwipunku, który zajmuje dokładnie tyle kratek, ile waży, przez co samo jego układanie jest ciekawą minigierką.

Gra zawiera 9 loszków/scenariuszy, które razem składają się na spójną historię, a przejście jednego zajmuje niecałą godzinę.
Powiem szczerze, gry solo nie są moim dżemem. Solo gram na PC, a w RPG-ach wolę z ludźmi, ale to gra, którą przetłumaczyło nowoformujące się, małe studio, MoffinPress, które debiutuje właśnie solówką.
W ramach wspierania takich projektów postanowiłem dać jej szansę. Wydaje mi się, że osoba, która lubi gry solo będzie potrafiła wyciągnąć dużo frajdy z Pochodni w Mroku.

Gra jest dostępna na DriveThru za 10$.