Powrót do artykułów
FelietonPublicystyka

Nie zawstydzajcie się!

Poradnik pozytywnego myślenia dla tych, co mają za mało czasu, a za dużo gier

3 minuty czytania
Data publikacji: 26.02.2026

Kolejna premiera, znowu wychodzi gra, która ma wszystko, czego chcę i rzeczy, o których nawet nie wiedziałem, że chciałem.

Okładka zdobiona kamieniami szlachetnymi; setting, który strach zacząć czytać, bo już nie można przestać; mechanika wspierająca klimat, graczy, MG, psy w schroniskach i uciszająca płaczące dziecko sąsiada; skład sprawiający, że wszystko czyta się samo, wystarczy trzymać w rękach; iluminator po skończeniu popełnił samobójstwo, bo już nic lepszego w życiu nie stworzy; cały nakład poświęcony przez papieża i naświetlony cudowną energią Księżyca; w środowisku game designerów popłoch, bo chyba ostatecznie rozwiązano RPG. No po prostu muszę to mieć!

Ale zaraz… coś jest nie tak… Jakiś chłód wieje mi zza pleców, a na kark wstępuje dreszcz, gdy już chcę generować blika. Ciemny kąt pokoju, miejsce, które staram się ignorować przez większość czasu, czarna dziura każdego hobbysty nieznośnie daje o sobie znać: po co mi kolejny kamień filozoficzny erpegów, skoro mam ich całą półkę wstydu?

Półka, stosik, kupka, górka, jakbyśmy nie nazywali naszych prywatnych kolekcji gier nierozegranych, łączy je jedno: piętno wstydu. A czego tu się wstydzić? Wyobraźmy sobie świat bez półek wstydu. Świat z grą wstydu. Nikt z nas nie kupuje żadnej nowej gry, dopóki nie rozegra tej ostatnio nabytej. Byłoby to bardzo łatwe do osiągnięcia, bo z takim podejściem prawie nie byłoby gier ani wydawnictw. Edycje kolekcjonerskie? Zapomnijcie, nie opłaca się tworzyć. Mało znane tytuły? A kto to kupi? Kampanie do wyboru? Panie, ja od pandemii nie mogę przejść prologu do Masek Nyarlathotepa, a ty mi jakimś Expressem wjeżdżasz? Tak moi drodzy, rynek byłby dużo smutniejszy. Taki, jak go pamiętamy z czasów przed zbiórką na siódmą edycję Zewu i powołuję się tutaj na najlepszą możliwą analizę danych: własne przeczucie.

Ale nasze wstydliwe półki nie muszą być takie wstydliwe nie tylko przez utrzymywanie twórców na tym niewdzięcznym rynku. Czy kupowane gry muszą służyć tylko do grania? Nic nie utrzymuje spokoju przy stole lepiej od ciężkiego podręcznika w celnej ręce mistrza gry, a przecież nie będzie rzucał tym, co właśnie prowadzi. Rodzina i znajomi z podziwem spojrzą na długi rząd tomiszczy o pozłacanych grzbietach. „Ciekawe, co za naukę on studiuje” pomyślą. „Jaki tam doktor czy profesor” odpowiem zapytany o tytuł naukowy. „Wystarczy mistrz” dodam skromnie.

I wreszcie nie zapominajmy o najważniejszym: stać mnie, więc kto mi zabroni? Fakt, może będę musiał czasami sięgnąć po raty. Może karta kredytowa pójdzie w ruch, bo lepiej jak zaboli dopiero za miesiąc. Może dam kotom tę trochę gorszą karmę, ale dla nich to i tak bez różnicy, a jak to tak mieć trzynaście z czternastu dodatków w serii? To w oczywisty sposób przynosi pecha, a poza tym to wyobrażacie sobie gitarę bez struny? Warhammera bez błota? Pociąg bez opóźnień? Konwent bez dramy? I na co innego miałbym to wydać? Na zdrowie? Na zdrowie to ja mogę toast wznieść. Zdrowie skończy się kiedyś, a oferta na exclusive ze wspieraczki kończy się już.

Wnoszę więc o przemianowanie tego niegodziwego terminu. Wyzbądźmy się wstydu z naszych kolekcji! Oddajmy im sprawiedliwość! Półki dumy, stosiki chwały, kupki możliwości, górki radości. Po co szukać nowych członków do erpegówka, skoro my wystarczamy, by go utrzymywać? Kupujmy więcej i drożej, i się tego nie wstydźmy. Tak działa kapitalizm, i przecież wszyscy na nim zyskują. Prawda?

Udostępnij

Studzin
Autor
Studzin
Gram, prowadzę, piszę, organizuję konwenty, nagrywam podcasty. Niczego z powyższych nie robię za dobrze, ale przynajmniej zawszę mogę to usprawiedliwić tymi pozostałymi rzeczami na głowie.

Nie przegap

FelietonPublicystyka
Pan i władca na krańcu stołu
4 minuty czytania
18.03.2026
Powrót do artykułów

Czytaj dalej